Section 10 5 Copyrights And Wrongs

Bezprawie i prawo autorskie.

One of most pernicious trends in recent times has been the application of property rights to almost all things digital. Copyright law is the biggest problem, as we'll see later and in Chapter 11, but the issues extend to a variety of arenas.

Jednym z najbardziej destruktywnych trendów które można zaobserwować w dzisiejszych czasach jest stosowanie prawa rzeczowego do niemal wszystkich możliwych obiektów cyfrowych. Prawo autorskie stanowi największy problem, jak się przekonamy w dalszej części tego rozdziału i w rozdziale następnym, ale kłopoty pojawiają się w wielu innych obszarach.

One is trademarks: the words, phrases, logos, and other things that help define a brand. "Trademark law begins from consumer protection: trademarks, words and symbols that identify a source of goods are protected so that the public can rely on them as indicators of quality (or take warning to avoid a brand after a bad experience)," Seltzer said.

Jednym z nich są znaki towarowe: słowa, frazy, loga i tak dalej - wszystko co umożliwia zdefiniowanie marki. „Prawo znaków towarowych (%PRZYPIS: w Polsce należące do działu prawa własności przemysłowej - przyp. tłumacza%) powstało przez konieczność ochrony konsumenta: znaki towarowe, słowa i symbole które definiują dany obiekt są chronione tak by konsumenci mogli polegać na nich jako na wyznacznikach jakości (albo przeciwnie, jako na wyznacznikach złej jakości, by unikać marki po złych przejściach z danym produktem)” powiedziała Seltzer.

According to the Chilling Effects Clearinghouse, [276] an organization sponsored by the EFF and some prominent law schools, including Harvard and Stanford, trademark complaints are fairly common today. One common complaint is the use of domain names "identical or similar to well-known marks" that are typically registered by so-called "cybersquatters" who want to capitalize on the traffic or sell back the name. U.S. law bans "bad faith intent to profit" from such activities. A second is outright copying of logos onto a site to suggest an "authorized connection" to someone else's better-known product or service.

Według organizacji Chilling Effects Clearinghouse[276], sponsorowanej przez EFF (Electronic Frontier Foundation) i wydziały prawa znanych uczelni takich jak Harvard czy Stanford, obecnie skargi na naruszenie znaków towarowych są powszechne. Zwykle dotyczą one używania nazw domen „identycznych albo zbliżonych do bardzo znanych” rejestrowanych zwykle przez tzw. „dzikich lokatorów internetowych” którzy zarabiają na ich odsprzedaży lub generowanego przez takie domeny ruchu. Prawo w USA zabrania „czerpania zysku w złej wierze” z tego typu działalności. Drugim popularnym naruszeniem znaków towarowych jest bezpośrednie kopiowanie loga, symboli itd na stronie niezwiązanej z ich pierwotnym właścicielem by zasugerować że zostało nawiązane „autoryzowane połączenie” z lepiej rozpoznawalnym produktem lub usługą.

It's hard to object when a trademark holder wants to stop someone from trying to piggyback on its brand. Few Netizens objected when The New York Times persuaded the World Intellectual Property Organization (WIPO), [277] one of the organizations empowered to make such decisions, to give it the newyorktimes.com domain, which had been registered by a third party.

Trudno mieć zastrzeżenia gdy właściciel znaku towarowego chce zatrzymać innych przed wykorzystywaniem własnej marki. Niewielu internautów protestowało gdy New York Times przekonał WIPO (World Intellectual Property Organization) [277] by domena newyorktimes.com została przekazana redakcji. Wcześniej była ona zarejestrowana przez osobę trzecią, a WIPO jest jedną z organizacji które są uprawnione do podejmowania takich decyzji.

But suppose you found yourself looking at a web site called "mercurynewssucks.com," an online attack on my newspaper, the San Jose Mercury News, and its contents. Barring libelous assaults or misrepresentations designed to confuse the public, such a site would be protected as a form of free speech. For the same reason, we'd most likely be laughed out of the U.S. courts if we sued to take away the domain. We'd probably have better luck, unfortunately, if we took our case to WIPO's headquarters in Switzerland. It might order the domain-name registrars to hand the offending web address over to us because WIPO's mission is not about freedom of expression. It is, in a fundamental way, the promotion of intellectual property rights.

Ale wyobraź sobie że trafiasz na stronę nazywającą się „mercurynewssucks.com” (%PRZYPIS: MercuryNewsjestdokitu.com - przyp. tłumacza%) która stanowi atak na moją gazetę (San Jose Mercury News) i jej treść. Jeśli serwis ten nie zawiera pomówień albo rzeczy mających na celu wprowadzenie w błąd opinii publicznej, to będzie chroniony jako forma wolności słowa. Z tego samego powodu, zostalibyśmy najprawdopodobniej wyśmiani w sądach amerykańskich gdybyśmy zechcieli na drodze prawnej domagać się zwrotu domeny. Ale mielibyśmy najpewniej więcej szczęścia, gdybyśmy zaprezentowali nasz problem w siedzibie WIPO w Szwajcarii. WIPO mogłoby nakazać przekazanie nam tej domeny, ponieważ organizacja ta nie ma na celu ochrony wolności słowa. Jest ona w fundamentalnym stopniu skoncentrowana na promocji wspieraniu prawa własności intelektualnej.

WIPO, despite claims of neutrality in its arbitration process, has shown a strong bias toward handing over disputed domains to the holders of trademarks. As of mid-March 2004, according to statistics on the WIPO web site, the organization had granted the complaining party's request to transfer the domain in 80 percent of the cases it has decided.

WIPO zapewnia o swojej neutralności w czasie rozstrzygania sporów. Jednak w rzeczywistości widać bardzo wyraźnie, że organizacja ta stoi po stronie właścicieli znaków towarowych i bardzo często przyznaje im prawa do domen będących przedmiotem arbitrażu. Statystki na stronie WIPO pokazują że było tak w 80% spraw rozstrzygniętych do połowy marca 2004 r.

Some of WIPO's decisions have stretched logic, to put it mildly. As the Washington-based Consumer Project on Technology [278] pointed out in 2000, in a number of cases WIPO ordered that anticorporate sites using "companynamesucks.com" monikers be turned over to the trademark-holding companies that complained

Niektóre decyzje WIPO były podejmowane według bardzo naciąganej logiki, mówiąc eufemistycznie. Waszyngtońska organizacja Consumer Project on Technology [278] zwróciła uwagę w 2000 r. że w wielu sprawach WIPO nakazywało przekazanie domen zawierających zwrot 'do kitu' (sucks) w stylu nazwa-firmy-jest-do-kitu.com firmom które były właścicielami konkretnego znaku towarowego i wniosły skargę na jego naruszenie. Domeny te były wykorzystywane do stawiania stron atakujących te firmy.

For example, in a dispute in which the London-based Dixon's electronics-store chain complained about a site called dixonssucks.com, the case examiner noted the growth of web sites used in this way and wonders if such a domain name is "plainly disassociated" from the company that's complaining about the use of its name in this way. No, the examiner concluded:

Na przykład w sporze o domenę dixonsucks.com rozpoczętym przez sieć sklepów elektronicznych Dixon z Londynu, osoba zajmująca się tą sprawą zauwazyła że liczba tego typu domen rośnie i w związku z tym pojawia sie pytanie czy tak domena jest jest w 'pełny sposób niezwiązana' z firmą która skarży użycie swojej nazwy w ten sposób. Badający tą sprawę udzielił negatywnej odpowiedzi na to pytanie:

The first and immediately striking element in the Domain Name is the Complainant's name. Adoption of it in the Domain Name is inherently likely to lead some people to believe that the Complainant is connected with it. Some will treat the additional "sucks" as a pejorative exclamation and therefore dissociate it after all from the Complainant; but equally others may be unable to give it any very definite meaning and will be confused about the potential association with the Complainant. [279]

Elementem rzucającym się od razu w oczy w Nazwie Domeny jest nazwa Skarżącego. Jej użycie w Nazwie Domeny bez wątpienia może doprowadzić niektorych ludzi do przekonania, że Skarżący jest z tą domeną związany. Niektórzy mogą potraktowąć frazę „do kitu” jako wyrażenie o charakterze pejoratywnym i przez to jednak odrzucić potencjalne skojarzenia ze Skarżącym, niemniej jednak inni mogą nie przypisać temu wyrażeniu konkretnego znaczenie i przez to mogą być zdezorientowani co do związków Skarżącego z Nazwą Domeny[279].

Confused? I suspect that the average 10-year-old could tell the difference.

Zdezorientowani? Myśle że przeciętny 10-latek zauważyłby różnicę.

I don't want to suggest that WIPO always does the bidding of trademark holders. But decisions like these are not just illogical; they're hostile to concepts that are just as deserving of protection as property rights—freedom of speech, for one. Unfortunately, cyberspace doesn't have a global First Amendment written in law, even if it exists, for the most part, in practice.

Nie chcę sugerować że WIPO zawsze wykonuje polecenia właścicieli znaków towarowych. Ale decyzje takie jak ta pokazana powyżej są nie tylko nielogiczne, są także niebezpieczne dla koncepcji które - jak na przykład wolność słowa - także zasługują na ochronę przyznawaną prawom rzeczowym. Niestety, w cybeprzestrzeni nie obowiązuje spisana, globalna wersja Pierwszej Poprawki (%PRZYPIS: Pierwsza Poprawka do konstytucji USA gwarantuje wolność słowa - przyp.tłum %). Nawet jeśli takie zasady w rzeczywistości funkcjonują, to dzieje się tak tylko w sferze praktyki, nie prawa.

Sometimes a site will imitate the entire look and feel of another, and then try to use it for commercial gain. This is obviously improper. But when the purpose is satire, the situation is hazier.

Czasami strona imituje w 100% wygląd innej w celu komercyjnego wykorzystania podobieństwa. Jest to w oczywisty sposób niewłaściwe. Ale gdy kopiowanie ma kontekst satyryczny, sytuacja staje się bardziej niejasna.

In March 2004, the National Debate web site posted a page featuring "corrections" of The New York Times opinion columns, done in the style of the Times' own corrections page. [280] Since the Times wasn't running column corrections—under an evolving policy, it was leaving them to the writers to include them (or not) in their columns—the fake page was filling what the National Debate's author, Robert Cox, perceived as a hole in the Paper of Record's content. Some of the "corrections" struck me as nonsense, but many were anything but frivolous. The satiric content, while biting, was a useful exercise in media watchdogging.

W marcu 2004 roku, serwis The National Debate opublikował sekcję zawierającą „sprostowania” publicystyki zamieszczanej w dzienniku New York Times[280]. Sekcja ta została wykonana w stylu wykorzystywanym przez ten dziennik do publikacji rzeczywistych sprostowań. Ponieważ jednak NYT nie zamieszczał wtedy „z urzędu” sprostowań publicystyki, pozostawiając taką możliwość autorom tekstów, fałszywa strona była wypełniona krytyką tego co Robert Cox, redaktor serwisu The National Debate uznał za błędy. Niektóre z tych „poprawek” uznałem za nonsensowne, ale wiele było bardzo nietrywialnych. Satyra ta, chociaż kąśliwa, była bardzo użytecznym ćwiczeniem z monitorowania mediów.

The Times clumsily dispatched its lawyers, using the Digital Millennium Copyright Act in a remarkably inappropriate way. The Act allows copyright holders to tell Internet service providers that copyrighted works are being infringed, and the ISP must take down the allegedly offending pages unless the owner of that site says he'll fight in court (more on the DMCA in Chapter 11). This seemed more like a trademark matter than a copyright question, even if the Times had one legitimate point: the page used enough elements of the actual Times layout that it might have conceivably led some reader, somewhere, to imagine that the Times itself was responsible for the site.

The Times w niezgrabny sposób wysłał swoich prawników, w niewiarygodnie niewłaściwej próbie użycia ustawy Digital Millennium Copyright Act.Ustawa ta pozwala właścicielowi praw autorskich na zwrócenie się do dostawcy usług internetowych z prośbą o usunięcia materiałów które te prawa naruszają i ISP musi się to tej prośby przychylić, chyba że osoba która rzekomo popełnia owo naruszenie zapowie że będzie walczyć w sądzie (wiecej o DMCA w Rozdziale 11). Ta sprawa natomiast bardziej dotyczyła znaków towarowych niż praw autorskich, nawet jeśli Times miał jedno uzasadnione zastrzeżenie: użycie na wspomnianej wyżej stronie fragmentów rzeczywistej grafiki stosowanej w gazecie mogło którego doprowadzić do któregoś z jej czytelników że Times za nią odpowiada.

The result of the threats was predictable. Several other web sites started mirroring the forbidden content—posting it on their own computer servers—in deliberate defiance of the Times. So the National Debate had more readers than ever, and the Times looked like a heavy, hardly the response the newspaper might have envisioned. In the end, the Times said it would be satisfied if the National Debate prominently labeled its page as a satire and not the real thing. And the Times ultimately changed its internal policy for dealing with a columnist's factual errors by requiring columnists to put corrections in subsequent columns. [281]

Rezultaty tych gróźb były łatwe do przewidzenia. Wiele innych stron internetowych zaczęło publikować zakazaną treść na swoich serwerach - w geście sprzeciwu wobec Timesa. Serwis National Debate zyskał największa w swoim istnieniu popularność , a Times znalazł się w niezręcznym położeniu - nie był rezultat który przewidywała gazeta. W końcu NYT przystał na to, że National Debate w jasny sposób oznaczy swoją stronę „sprostowań” jako satyrę a nie jako rzeczywistą treść. Ostatecznie Times zmienił też swoją wewnętrzną politykę w sprawie sprostowań publicystyki - autorzy zostali zmuszeni do umieszczania wyjaśnień w swoich kolejnych tekstach [281].

Poprzednia strona <--> Następna strona

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-NonCommercial-ShareAlike 3.0 License